Nowa strona Hani

Idź do spisu treści

Menu główne

Listopad 2014

Aktualności

Wspomnienia…

       11 listopada to dzień, który większości kojarzy się ze Świętem Niepodległości. Mnie od 7 lat kojarzy się już wyłącznie z Chrztem Hani - bo właśnie wtedy nasza 3 miesi  ęczna córeczka została ochrzczona. Dziś jednak wpis bardziej o mnie, niż o niej. Dziwne, że pamiętam to tak dokładnie, biorąc pod uwagę mój naprawdę zły stan  psychiczny :( Hania chrzczona  była w kaplicy na sąsiednim osiedlu (dziś stoi już tam okazały kościół ), wiec mieliśmy bardzo  blisko, z kolei rodzina  z różnych miast Polski  - daleko:). Pogoda była stabilna, choć było dość zimno. Ja miałam na sobie kożuszek kupiony na tę okazję, maż....hm…pamiętam tylko garnitur,  a Hania ubrana była w pluszowy biały komplet wraz z kapelusikiem. Był to jedyny strój do chrztu w sklepie z tak małą czapeczką. Dziś się zastanawiam, jak to możliwe, ze płacząc całymi dniami naszyłam  na to ubranko śliczne materiałowe różyczki, wybrałam obiadowe menu i zaprosiłam gości. Kocyk w kolorze écru mamy do dzisiaj - każdego wieczoru otulam nim Hanie do snu.
I buciki. Buciki kupiła Babcia, w  odpowiedzi bowiem na pytanie - Czy Hania ma buciki do  chrztu ujrzała tylko moje tępe spojrzenie. Pamiętam, że w głowie miałam wówczas jedną pełną żałości myśl  - Hania nieuleczalnie  chora, a ona mi się o buty pyta! Pamiętam pocieszanie i nadzieje, ze będzie ok, że po 3 miesiącu dzieci się stabilizują, dobrze śpią, jedzą - nie było ok… Wypieranie rzeczywistości trwało jeszcze bardzo długo ? W obawie, że nikt nie przyniesie  kwiatów zamówiłam dla Hani w sobotnie popołudnie śliczny bukiecik z kolorowych goździków. Pan w kwiaciarni wpiął w nie  sznureczek perełek, które mam do dziś. Na szczęście o kwiaty zadbała także Matka Chrzestna Hani. Całą sobotę przed chrzcinami  przeryczałam…nie…to było wycie pomieszane  z …nie wiem z czym. Była przy mnie Iw (Dziękuje…,  zawsze będę o tym pamiętać). Pocieszała, wspierała, lecz do mnie i tak  nic nie docierało.  Było pewne, że w niedziele oczy  będę mieć całe spuchnięte. Wcale mnie to nie interesowało. Baliśmy się tej wizyty w Kościele - wiedzieliśmy już o Hani  nadwrażliwości słuchowej, baliśmy si  ? głośnych pieśni, dzwonów  i mikrofonu (do dziś, m.in. z tego powodu nie chodzimy do kościoła). Byliśmy przeszyci niepokojem i mocno zm  ?czeni i niewyspani, bo płakała dużo, długo  i często, aż do bezdechów. Tymczasem Hania całą mszę spędziła spokojnie spiąć na brzuszku. U taty na rękach. CUD.

Ku naszemu  zdumieniu na przyjęciu nie było gorzej. Zasnęła na chwile w nosidełku, ładnie jadła z piersi i była wyjątkowo grzeczna. Z powodu grubszej awarii, przebrałam ją w pluszowego pajacyka.  Koloru  różowego. Pamiętam dobrze, bo był  to prezent od J. i A. Gdy ubieram Hanie obserwowałam córkę kuzynki,  starsza od Hani o 3mce.Widząc jak sprytnie się porusza i bawi pieluszką podnosząc j  ? na wysokość wzroku. Zastanawiałam si  ?  po cichutku, czy Hania też będzie to potrafić??? Czułam,  że nie… Nie był to dla mnie fajny dzień - trochę robienie miny do złej  gry. Byłam nawet umalowana, nawet wystrojona, a serce  mi pękało z bólu. Maż miał pomysł, by właśnie na przyjęciu powiedzieć gościom, że z Hanią jest tak i tak....niech wiedza...ale  wycofaliśmy się z tego w obawie,   że chrzciny zamienia się w stypę. Poza tym, może TO się jako ? rozejdzie??? Zostały wiec tylko podejrzenia i nasze badawcze spojrzenia - Kto wie i ile?

 

Czy wiedzą że Hania jest tak bardzo chora? Czy to widać???  Najbliżsi wiedzieli - pocieszali, wspierali, poklepywali po plecach. Czy to  współczucie?  - ze wzroku próbowałam odczytać cokolwiek. Szaleństwo. Co jadłam  ja, co jedli goście nie kojarzę wcale - czy  w ogóle coś przełknęłam? Obiad nie trwał długo,  wszyscy  z niepokojem patrzyli na zmieniającą się za oknem pogodę - 11 listopada 2007r.   zaczął padać pierwszy śnieg  i wkrótce  spod białej pierzynki nie było widać aut na parkingu.  W ciągu godziny wszyscy się rozjechali - mając do pokonania setki kilometrów. Pamiętam,  że każdy otrzymał ciasto z doczepianą do paczuszki różowa różyczką. Pamiętam także doskonale,  że wdzięczność za obecność na Chrzcie Hani była tak duża, ze następnego dnia każdemu z gości  wysyłałam kartkę z podziękowaniami.

Jakie to niezwykłe.... że myśląc i czując to wszystko...na zdjęciach stoimy jednak uśmiechnięci ? Nie było tak jak chciałam, nie było tak jak sobie wymarzyłam. Czułam, jakbym     była u kogoś na przyjęciu, bo nasze - miało wyglądać zupełnie inaczej.Czy to dobrze, że diagnozę Hani poznaliśmy tak szybko? Nawet 1 tydzień nie miałam szansy nacieszyć się nią tak jak pragnęłam, tak jak się cieszy   matka z narodzin dziecka. Tylko 5 dni. Podszytych niepokojem. I podejrzeniami. Głównie moimi. Do dziś nie znam odpowiedzi na to pytanie. Dzień po Chrzcie mieliśmy pierwsza wizytę u lek.reh.ruchowej . Umówiła    nas  rehabilitantka  Hani - kochana pani R. Wizytę tę także pamiętam dokładnie, ale najbardziej  białe buciki wystające spod kocyka w nosidełku. Opis wizyty daruje, bo to trauma na całe życie.  Tak  sobie myślę - jak to możliwe- że po tym wszystkim,  co przeszliśmy Żyjemy, Oddychamy, Funkcjonujemy???

Odpowiedź mam właśnie na swoich kolanach :) Kocham Cię Haniu nad życie!!!!
                                                                                                              Mamusia.




Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego